Salzkammergut Trophy 2009


18.07.2009 Bad Goisern, Austria

Widziałem rzeczy, w które WY, ludzie nigdy byście nie uwierzyli.
Atakujące w ogniu statki kosmiczne w ramieniu Oriona.
Oglądałem rozświetlające mrok błyski dział w pobliżu wrót Tannhauser.
To wszystko przepadnie bezpowrotnie w czasie, jak łzy pośród deszczu.
Blade Runner by Ridley Scott

Jest rok 2004 lub 2005, zaczynam przygodę z maratonami i nieśmiało próbuję swoich sił na różnorakich zawodach. W ręce trafia mi relacja z austriackiego wyścigu Salzkammergut Trophy rozgrywanego w podalpejskiej miejscowości Bad Goisern. Uwagę przykuwają zdjęcia i zachwyty uczestników – zarówno nad organizacją, przebiegiem trasy jak i pięknem tamtejszych rejonów. Sam startuję na około 50-60 kilometrowych trasach, a Salzkammergut Trophy reklamuje się hasłem „fascynacja długimi dystansami” – nie czuję się na siłach ścigać się przez 100km, a czytam o ekstremalnym dystansie 200km. Wydaje mi się niewiarygodne pokonać 200km w górach, myślę że trzeba być chyba cyborgiem albo wariatem.

Rok 2007. Zapisuję się na cykl MarathonMan Europe – mikroligę 4 górskich maratonów – w Polsce, Czechach, Austrii i Niemczech. Nie wiem co mnie podkusiło, ale zwybieram najdłuższą trasę w Austrii i zaczynam się zastanawiać co zrobić żeby przejechać te 200km i przetrwać. W międzyczasie okazuje się że kilometrów będzie jednak 210, a suma przewyższeń ociera się o 7000 metrów – trasa została zmieniona na okoliczności dziesięciolecia wyścigu. Rozmawiam wiele razy z Szymonem Giemzą z Teamu bikeWorld.pl, który ukończył ten dystans rok wcześniej. Szymon twierdzi że spokojnie da się go przejechać jadąc „swoim tempem”. To pocieszające, tylko że hasło „swoje tempo” jest dość niejednoznaczne. Nie pozostaje mi nic innego jak trenować i mieć nadzieję że wszystko pójdzie dobrze.

Poszło. Prawie. Jechałem ponad 15h, przez większą część trasy zastanawiając się czy nie jadę za szybko, za wolno, czy starczy sił na resztę, czy zmieszczę się w limitach czasu, a najwięcej poświęcając go na rozważania „czy ten podjazd w końcu się skończy?”. Ukończyłem 210km – jak policzył Szymon jako 14. Polak w historii (że też chciało mu się to sprawdzać), ale później zapałałem sporą niechęcią do rowerowania, trenowania i ogólnie przesytem jazdy. Za dużo było tego wszystkiego – nie wiem tylko czy treningu, czy też umysł powiedział „dość” po tym ekstremalnym wysiłku. Spora cena.

Przez kilka tygodni jeździłem rowerem tylko sporadycznie, za późno zacząłem przygotowania do sezonu na 2008 rok, wszystko było spóźnione. Plan ponownego wyjazdu do Austrii nie wypalił, a ja bez większego żalu odpuściłem. Jako taka forma przyszła późno i rok 2008 nie przyniósł w zasadzie nic nowego.

Tym bardziej wygłodniały zacząłem przygotowania do zawodów w roku 2009. Cel był znowu jasno określony – połowa lipca, Bad Goisern, jadę 210km, poprawiam swój czas. Jesień i zimę przepracowałem solidnie jak nigdy, na przełomie lutego i marca spędziłem trzy tygodnie trenując na Gran Canarii, wszystko według planu którego centrum był Salzkammergut Trophy. Z powodów logistycznych zdecydowałem się na udział w serii cyklokarpaty.pl, traktując te wyścigi głównie jako treningi/sprawdziany. Sprawdziany, które wypadały z miesiąca na miesiąc coraz lepiej. Podczas kilkudniowego pobytu w Wierchomli, przed tamtejszym maratonem, który charakterem jest dość podobny do Trophy, porozmawiałem dłuższy czas z trenerem i poznałem ciekawą i chyba dość prawdziwą teorię o tym że trudniej przygotować zawodnika do krótkiego wyścigu niż do długiego. I jeszcze, że Kuba radzi mi pojechać i ścigać się na 110km – żebym przez cały czas dawał z siebie wszystko, bo na 210km i tak prędzej czy później po okresie ścigania się, przychodzi moment kiedy jedzie się tylko z nadzieją na dojechanie w jednym kawałku i gdy wszystko staje się obojętne. Pytanie tylko czy walczy się o przetrwanie 10 godzin czy np. 6. Obiecałem, że przemyślę sprawę i ostatecznie zapisałem się na 110km, ale z założeniem, że jeśli tylko pogoda będzie korzystna, zmieniam rejestrację i atakuję najdłuższy dystans.

Forma szła w górę, moja waga niestety niekoniecznie w dół, w międzyczasie zmieniłem rower z dość zużytego, niezbyt ciężkiego ale jednak full’a, na typowego hardtaila do xc. Zyskałem około 2kg, oraz większą sztywność i szybkość na podjazdach. Zjazdy nigdy nie były moją mocną stroną, full więcej wybaczał, ale mimo to stwierdziłem, że nie zjazdy są dla mnie najważniejsze – ma być mocno, lekko i szybko pod górę.

Na tydzień przed zawodami zaczął się niepokój. Sprawdzałem kilka serwisów pogodowych, każdy z nich mówił co innego – a to że w tygodniu start będzie słonecznie, a to że będzie pochmurno z opadami. Wszystkie były zgodne co do jednego – w sobotę będzie padać. Myślałem jednak, że skoro zostało jeszcze kilka dni, być może prognoza się zmieni. W środę w nocy wyjechałem z kolegą Michałem do Bad Goisern – z Lublina to około 1100km, przybyliśmy krótko po południu, odspaliśmy nocną podróż i wybraliśmy się na przejażdżkę. Pogoda piękna.

W piątek zgodnie z planem krótki burnout – jedziemy płaski fragment trasy w okolicach Bad Goisern a następnie wjeżdżamy na końcowy odcinek, ostatnie kilometry przed metą. Trasa nieznacznie zmieniła się w porównaniu do tego co pamiętaliśmy sprzed dwóch lat. Samopoczucie dopisuje, jestem zadowolony z nogi, jedzie się świetnie. Wiadomo że cudów nie będzie, ale wiem w jakiej formie byłem dwa lata temu i jak podjeżdżałem niektóre odcinki – jest progres a to najważniejsze. Z niepokojem odbieram tylko informacje o pogodzie. Prognozy są niezmienne i negatywne – jutro ma być zimno i mokro. Wydaje się to niewiarygodne, jest około 27-30 stopni a niebo prawie bezchmurne. Wieczorem jednak mamy małą próbkę tego co może się dziać – niebo błyskawicznie zachmurza się i zrywa się porywista burza. Trwa kilkanaście minut, ulicami zaczynają spływać potoki, a słabo umocowane chorągiewki czy tablice reklamowe znajdują się kilkanaście metrów od swojego pierwotnego miejsca.

Ostatecznie podejmuję decyzję że jednak 210km w tym roku nie dla mnie – zobaczymy ja będzie na 110km. Żałuję bardzo, ale stwierdzam że najdłuższą trasę już przejechałem, może teraz spróbuję się pościgać na krótszej. Że będzie mocno i intensywnie. I że też się zmęczę.

W czasie rejestracji spotykam Magdę Balanę, również startuje na 110km. I jak każdy słyszała o zapowiadanej pogodzie, Akurat w Jej przypadku wiem że błoto raczej nie będzie problemem – kilka tygodni temu tasowaliśmy się przez dłuższy czas na bardzo błotnistym maratonie w Sanoku i widziałem z jaką łatwością sobie radzi również z korzeniami i kamieniami, ale z drugiej strony na Salzkammergut Trophy błota nie ma wiele, ścieżki są głównie szutrowe, a odcinki leśne dość sporadyczne i stanowią niewielki procent całej trasy.

Rozmawiam przez pewien czas z Ewą Jurecką, zjadamy przygotowany przez organizatora makaron na ‚pasta party’ i wspominamy wiosenny pobyt na Gran Canarii. Oboje mamy nadzieję że uda Jej się w tym roku przejechać cały cykl MarathonMan. Po ubiegłorocznym poważnym wypadku który na kilka miesięcy wyłączył Ją z treningów i pozostawił poważną blokadę przed zjazdami, mamy nadzieję że da radę powalczyć jutro z dość ciężką trasą.

Spotykam chłopaków z Teamu Sikorski BikeBoard którzy zdecydowali się pojechać na 210km. Wiedzą o prognozie pogody, która choć w odniesieniu do dzisiejszej wydaje się nieprawdopodobna, to jednak widać że humoru im nie poprawia. Stwierdzają że pogoda pogodą ale jechać trzeba, że lepiej o tym nie myśleć. Słyszę o bardzo optymistycznych prognozach odnośnie planowanego czasu przejazdu – nie wiem jak są mocni więc nie komentuję, ale mimo to wydają mi się nieco przesadzone. Życzę powodzenia i powoli wracam na kwaterę. Jednak bardzo żałuję tego, że nie startuję na najdłuższej trasie i nie wiem czy teraz bardziej chcę dobrej pogody na jutro by móc dobrze się ścigać, czy raczej złej, by upewnić się że podjąłem dobrą decyzję i wybrałem mniejsze zło. Ambicja wyje, więc kładę się i już o 21 śpię.

Budzi mnie jakiś hałas – spoglądam na zegarek, jest 5:29. To był grzmot, trwa burza i ulewa. A więc jednak. Zasypiam na pół godziny, ale po 6 odzywa się budzik, wstaję przygotować śniadanie. Ciągle pada. Zjadam mój typowy posiłek przed wyścigiem, kaszkę mleczno-ryżową z musli i zastanawiam się w co się ubrać. Wychodzę na chwilę na dwór – ciepło nie jest. A wprost przeciwnie – jest zimno. Czyżby było aż tak chodno jak zapowiadali? Wczoraj 27 stopnii a dziś 7 albo 9? To po południu, ile może być teraz – 3? Nie zabrałem długich spodni, nie zabrałem spodni 3/4, nie mam nawet nogawek. Zatem z dołem nie będzie problemu, jadę na krótko. Na górę decyduję się założyć bluzę z długim rękawem a na to windstopper’a. To wydaje mi się najwłaściwsze.

Przygotowywuję dwa bidony, 0.5 i 0.7 – wiem że w taką pogodę pragnienie nie będzie dokuczało ale pić trzeba, pakuję żele oraz dętkę, piankę, łyżki, pompkę i kilka naboi. Dojeżdżam na metę pól godziny przed startem – mimo że z kwatery jechałem tylko kilka minut to i tak jestem cały mokry. Cóż, przynajmniej nie muszę się już martwić że zmoknę i że będę musiał jechać z mokrym pampersem. Na poprawę samopoczucia wypijam kubek słabej, ale gorącej kawy i zjadam całkiem niezłe ciasto z brzoskwiniami – baza maratonu od rana żyje.

Start na 110km odbywa się z 4 sektorów, które są wypuszczane co 5 minut – każdy sam decyduje w którym stanąć, w zależności od tego jak szacuje swój czas przejazdu. Staję w pierwszym, wiem że będąc z tyłu zbyt wiele nerwów i energii stracę na wyprzedzanie maruderów. Czekam na start i zauważam że lekko się trzęsę z zimna – zapowiada się całkiem ciekawy, choć może nie najmilszy dzień. Na tym dystansie organizatorzy wprowadzili limit 1500 uczestników – limit został osiągnięty kilkanaście dni przed wyścigiem, ale wydaje mi się że nie widzę aż tylu zawodników. Może stoją dalej, w pozostałych sektorach. A może zrezygnowali.

Na minutę przed startem z głośników zaczyna się dobywać głośne cykanie sekundnika, później odliczanie, wystrzał startera i ruszamy. Początek płaski, asfaltowy, ale już po chwili skręt w lewo i droga pnie się do góry. I do góry. Wiem że czeka nas teraz ponad 10km pierwszego podjazdu. Od początku jedzie mi się całkiem nieźle, wyprzedzam powoli kolejnych zawodników, zauważam że jadę o kilka przełożeń ciężej niż dwa lata temu – może dlatego że jestem mocniejszy, może dlatego że nie myślę ciągle o oszczędzaniu się (pamiętam założenia sprzed dwóch lat „początek spokojnie, nie przekraczaj tętna 170, daleka droga”). Początkowy asfalt po pewnym momencie zamienia się w szutrową ścieżkę w lesie. Ciekaw jestem kiedy i kto pierwszy podda się i zsiądzie – nic takiego się nie dzieje, sprawnie jedziemy grupą po coraz bardziej stromej ścieżce. Wiem że dalej będą nieco większe kamienie, które poprzednio zmusiły mnie do tego by zsiąść z roweru i prowadzić – myślałem jednak że „ale jak ktoś mocny to pojedzie”. W tym roku sam po nich jadę. Problem zaczyna się, gdy ciągły deszcz zamienia ścieżkę w potok. Pierwsze skojarzenie – Psi Potok podczas słynnych Danielek. Tylko że bym razem brniemy pod góre, pod prąd. Po pewnym czasie również problem obawy przed przemoczeniem butów stał się nieaktualny.

Leśny odcinek wkrótce się kończy i wjeżdżamy na szutrową serpentynę. Przez kilka kilometrów wciąż jedziemy do góry, a ja zauważam że prawie nic nie wypiłem – czyżby wystarczał mi deszcz? W samą porę przypominam sobie o założeniu regularnego picia i jedzenia, stawka się już rozciągnęła i nieco uspokoiła. Dojeżdżam do wierzchołka i zaczyna się zjazd. Jest szybko, szeroko i szutrowo – tak jak uwielbiam. Bałem się nieco jazdy bez chociaż małego błotnika i że na zjazdach zbyt wiele podłoża będzie lądowało na mojej twarzy i okularach, ale nic takiego się nie dzieje. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to że zjazdy są naprawdę szybkie – i bardzo wychładzające. Z jednej strony, dzięki swej długości pozwalają na odpoczynek i złapanie oddechu, z drugiej trwają dostatecznie długo by ręce zgrabiały z zimna – w czym bardzo pomagają przemoczone rękawice. Po pewnym czasie nie umiem powiedzieć czy już nacisnąłem klamkę hamulca czy jeszcze nie – nie czuję tego.

Każdy zjazd kiedyś się kończy (a ten nie należał do najdłuższych) i rozpoczyna się kolejny podjazd. A ja muszę go rozpocząć bardzo delikatnie, bo po zjeździe nogi mam stwardniałe i muszę im przypomnieć jak się pracuje. To na szczęście trwa dość krótko i już po chwili mogę wrzucić cięższy bieg i zacząć przedzieranie się do przodu. Przez moment padający deszcz zostaje przerwany ulewnym deszczem, gdzieś się błyska i słychać grzmoty. Liczę czas między błyskiem a grzmotem i szacuję że pioruny biły 2-3 km od nas. Mijam po drodze dwóch rodaków – pytam jak sobie dają radę, odpowiadają że nie dają i że wycofują się. Nie oni jedni, przy wielu z osób zabezpieczających trasę widać kogoś kto przystaje, oddaje chip’a i rezygnuje z jazdy. Dojeżdżam do drugiego wierzchołka, który mimo że położony nico niżej niż pierwszy (około 1200m n.p.m.) wita nas pruszącym śniegiem, Nie wygląda to zbyt efektownie, ale zawsze to kilka płatków śniegu. W połowie lipca. Fajnie, w Lublinie tak nie ma.

Zaraz zaczyna się zjazd – wiem że to w sumie najtrudniejszy kawałek z całej trasy. Tym razem jeszcze trudniejszy bo to co było glebą zamieniło się w błoto, a to co było błotem w błotnisty strumyk. Tym razem poruszamy się z prądem, co wcale nie oznacza że jest łatwiej. Decyduje się zsiąść sam, zanim zmusi mnie do tego teren (boję się nagłego szarpnięcia nogą, które w takiej temperaturze może poskutkować skurczem) i sprowadzam – tracąc sporo miejsc. Zbyt wiele. Pod koniec decyduję że już wystarczy i postanawiam końcówkę zjechać Okazuje się to błędną decyzją – tuż przed końcem wpadam w poprzeczny rów, wykonuję niezbyt efektowne OTB i ląduję obok roweru, upadając prawie jak kot na cztery kończyny. Prawie, bo czuję że dłonie i prawe kolano są uderzone ale nic im nie jest, za to lewe najprawdopodobniej nieco ucierpiało. Rzucam okiem i widzę że najprawdopodobniej przeciąłem skórę na kolanie – na szczęście to tylko powierzchowna rana. Nie boli zbytnio więc wsiadam na rower i jadę dalej, starając się nie myśleć ile miejsc straciłem.

Zjazd lasem przechodzi wkrótce w kolejną szutrową ścieżkę, na której zauważam że chyba jednak nieco mocniej oberwałem niż początkowo sądziłem, bo po łydce ścieka mi strużka krwi. Dwa zakręty i kilkaset kropli deszczu dalej nie ma po niej większego śladu, więc skupiam się na tym żeby nie wypaść z trasy na zakrętach – powtarza się sytuacja z poprzedniego zjazdu – ręce, hamulce, mokry szuter.

Ścieżka skręca w las i zaczyna się trawers zboczem – jak pamiętałem chyba ostatni wymagający czegoś więcej niż zwykłej uwagi odcinek prowadzący w dół podczas tego maratonu. Niedawny upadek niestety przyćmił nieco moje zapędy i zjeżdżam prawdziwie ślimaczym tempem. Pocieszam się że jeszcze daleka droga i tych którzy mnie wyprzedzili na pewno wkrótce dogonię. Trawers prowadzi do słynnego korytarza w ścianie – Ewige Wand. Tak jak zwykle chwila dla fotoreporterów, dalej krótki odcinek zjazdu, przejazd przez mostek i dojeżdżamy do około 20kilometrowego wypłaszczenia w okolicach Bad Goisern. Wcześniej ktoś woła że mamy już około 40 minut straty do lidera – a więc jednak jest marność nad marnościami.

Zauważam za sobą Magdę – jednak sporo straciłem na tych zjazdach. Czekam chwilę na Nią i chcę Ją trochę pociągnąć – wiem że w swojej kategorii będzie w czołówce, znam dobrze najbliższy fragment i mam nadzieję Jej pomóc. Magda jednak wygląda kiepsko, jest zrezygnowana, mówi że nie czuje rąk, nie może hamować i że się poddaje. Staram się namówić Ją na to żeby jednak spróbowała powalczyć jeszcze na najbliższym odcinku, bo można zarówno odpocząć jak i trochę podgonić tempo – jednak decyduje się zakończyć jazdę. Żegnamy się i jadę dalej. Doganiam czteroosobową grupkę, jadę chwilę z nimi. Z nadzieją że będzie jakieś konkretne tempo, daję mocną zmianę, jednak widocznie nie chcieli tak jechać – odjeżdżam im i jadę dalej sam. Po drodze wyprzedzam jeszcze dwie osoby, mijam bez zatrzymywania się trzeci już bufet i zaczynam żałować że niepotrzebnie wiozę drugi bidon – jeden w zupełności by mi wystarczył, a tak wiozę tylko niepotrzebny balast.

W poprzednich latach za wypłaszczeniem zaczynał się około 10kilometrowy podjazd z około 1000m przewyższenia. W tym roku został podzielony na dwa mniejsze – najpierw trasa prowadzi do kopalni w Hallstatt, następnie jest krótki zjazd a potem dalszy odcinek, do najwyższego punktu na trasie, na wysokości około 1500m n.p.m. Tuż przed początkiem podjazdu mijamy dolną stację kolejki i kolejną już matę kontrolną do pomiaru czasu. Pierwszy podjazd zaczyna się wąskim trawersem z niekończącą się liczbą zakrętów i jeszcze większą ilością poprzecznych metalowych odpływów – prawie na każdym z nich przejeżdżając tylne koło przeskakuje ślizgając się i wybijając na moment z rytmu. Nic to, najważniejsze że do przodu, że wyprzedzam kolejne osoby. Teraz nieco mniej pada, ale pewnie tylko dlatego że jadę pod osłoną drzew. Czuję że chyba przywykłem do zimna, staje mi się to prawie obojętne, złapałem odpowiedni rytm i zaczyna mi się całkiem nieźle jechać, czuję się zaskakująco dobrze, mimo że jeszcze jakiś czas temu sam myślałem o tym żeby zjechać do mety. Zaczął się podjazd, zaczęła się praca i to odgoniło te myśli. Wyprzedzam jeszcze kilka osób, kilka jest wyraźnie mocniejszych i mi odjeżdża, ale postanawiam być spokojny i oszczędzać siły na ostatni podjazd, po 80.km, wiem że będę ich tam bardzo potrzebował.

Szutrowy podjazd się kończy, wpadamy na błotnisty kilkunastometrowy fragment, który zmusza do zejscia z roweru i prowadzenia i już po chwili jesteśmy pod końcową stacją kolejki. Doganiam większą grupkę, ale nie udaje mi się zyskać zbyt wiele. Zebrani ludzie mimo zimna i deszczu gorąco dopingują, a spiker wyczytuje każdego mijającego go zawodnika i z głośników rozlega się nazwisko i kraj. Miłe to było, niestety nieco mniej miły był dalszy asfaltowy odcinek, tak stromy że trudno było go podejść, a korki w butach zamiast pomagać tylko przeszkadzały. Patrzę na wykres wysokości i zaczynam się niecierpliwić – chcę zjazdu, gdzie ten zjazd, niech ten podjazd się skończy. Tak się wkrótce dzieje i po raz kolejny staram się jednocześnie odpocząć i nie zamarznąć. Na końcu zjazdu tuż przed skrętem pod górę przejeżdżam przez mostek – i zatrzymuję się na nim by spojrzeć w bok, na przepiękny kipiący wodospad. Robi niezwykłe wrażenie. Podjeżdżam kilka metrów, chcę skręcać pod górę, ale zostaję zatrzymany i skierowany w przeciwną stronę. „Race is over, too much snow” – Jak to, wyścig przerwany? Nie rozumiem ani ja, ani stojący obok Niemiec. Nie mamy wyjścia, nie puszczają nas dalej, musimy zjeżdżać do Hallstatt. Po drodze dojeżdżamy innych zawróconych, krótko licytujemy się kto miał dalej żeby tu przyjechać – tym razem jestem w wyraźniej czołówce, Czesi i Niemcy mogą się schować.

Na dole zostajemy skierowani do remizy. W środku jest już około dwudziestu zawodników, nie wiemy jeszcze co dokładnie się dzieje – poza tym że to już koniec ścigania się. Jeden ze strażaków odcina chipy, drugi nalewa gorącą herbatę. Pijemy, komentujemy ostatnie wydarzenia, suszymy się przy gorących nawiewach – ale przede wszystkim trzęsiemy się z zimna. Po kilku minutach dowiadujemy się że mamy poczekać, zostanie podstawiony dla nas transport. Część decyduje się poczekać, a część sama wracać do Bad Goisern (około 10km płaskiej drogi) albo do pobliskich noclegów. Postanawiam poczekać i zabijam czas rozmawiając z dwojgiem młodych zawodników z Polski (chyba z Konina) – mają mieszane uczucia, mieli całkiem niezły czas i chcieli jechać dalej, ale pewni są jednego, że to świetna impreza, wspaniałe rejony i że muszą tu wrócić za rok – może wtedy nie będzie śniegu.

Po jakimś czasie wsiadamy do wozu strażackiego, rowery zostają zapakowane na przyczepkę i odjeżdżamy w kierunku bazy wyścigu. Stamtąd mam już blisko na kwaterę, więc chwilę później biorę gorący prysznic i wymieniam z Michałem uwagi. Jechał za mną i został zawrócony nieco wcześniej, ominął go podjazd do najstarszej kopalni soli na świecie, ale też i widok spienionego wodospadu.

Ostatecznie organizatorzy zdecydowali dla formalności uznać wyniki z 33.km, z pierwszej maty kontrolnej. Byłem według niej 158. open i 47. w kategorii. Wynik niesatysfakcjonujący mnie, ale pewien jestem że przesunąłbym się trochę do góry na kolejnych punktach kontroli. Zwycięzcy nie nagrodzono. Na dystansie 210km przyjęto za końcowe wyniki ze 127.km i uznano je za wystarczające do nagrodzenia najlepszych. Krótsze dystanse odbyły się w całości.

W niedzielę znów zmiana pogody – ponad 20 stopni, połowiczne zachmurzenie. Niewiarygodne to co wydarzyło się dzień wcześniej. Podsumowanie wyjazdu: niedosyt. Nie tak miało być – byłem bardziej pokonany pogodą i zimnem niż trasą. Kondycyjnie czułem się świetnie, jestem pewien że gdyby nie pogoda i gdybym zdecydował się na najdłuższy dystans, to przejechałbym go o wiele lepiej niż dwa lata temu. A tak, przejechałem tylko 60km, zajęło mi to około 4h i jestem przede wszystkim rozczarowany. Cieszę się tylko, że zrobiłem co mogłem i że w zasadzie wszystko szło dobrze. Kolejne doświadczenie, które czegoś uczy.

Chciałem podziękować za pomoc: trenerowi Jakubowi Kurczowi (virtualtrener.com), serwisowi Marcina Tuory w Lublinie (gsm: +48 600 720 553) za świetne przygotowanie roweru oraz sklepowi/serwisowi Inżynieria Rowerowa (Andrzej Miszczuk/Artur Mazurek, www.inzynieriarowerowa.com) za pomoc wszelaką.


Zdjęcia
Zdjęcia organizatora z roku 2009
Zdjęcia z roku 2007


http://rower.pawelgorny.com/st/

One response to “Salzkammergut Trophy 2009

  1. hehe, dokładni miałem takie same odczucia, czytałem tekst i miałem wrażenie jakbym go sam pisał. Startowałem razem z kolegami z temu na dystansie 114 km, po pierwszym zjezdzie wynik był rzeczą wtórną, najważniejsze było przetrwać i ukończyć wyścig. Na pewno wielu z nas pojedzie w przyszłym roku, więc so zobaczenia na starcie w 2010.
    Więcej z naszego startu na http://www.biketeam.2×3.pl

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s