Dwa razy MTB TROPHY


MTB Trophy 2009 - Łukasz

MTB Trophy 2009 - Łukasz

Wiosną 2008 postanowiłem przejechać MTB Beskidy Trophy. Dwa tygodnie przed startem zapłaciłem za udział. Z balkonu wyciągnąłem rower, który stał tam całą zimę. Poświęciłem kolejne 14 dni na przygotowania. Niby mało, ale przecież latem 2007 przejechałem Transcarpatię i to nie męcząc się zbytnio. Transcarpatia to 7 dni a Trophy tylko 4. Przez kolejne dwa tygodnie jeździłem na rowerze do pracy i trochę po Lasku Wolskim (najpopularniejsze miejsce rowerowania wśród krakowskich bikerów).

Dwa tygodnie szybko minęły. Pozytywnie nastawiony pojechałem do Istebnej.

W czwartek stanąłem na starcie pierwszego etapu. Było zimno, mgła, padała mżawka. Po pierwszych kilometrach wiedziałem, że będzie ciężko. Gdy zjechaliśmy z asfaltu na leśną drogę prowadzącą na Wielki Stożek przeraziłem się. Błoto po kostki. Nawet nie próbowałem jechać. Zsiadłem z roweru i z buta pod górę grzęznąc w mazi. Na szczycie już nie chciałem jechać dalej. Słaniałem się na nogach. Pocieszałem się, że teraz będzie zjazd. I rzeczywiście był zjazd. Ale ja miałem na kołach prawie łyse Racing Ralph’y. Ślizgały się w tych warunkach niemiłosiernie. Mgła była taka, że widziałem tylko pnie najbliższych kilku drzew. Nie dało się przewidzieć, jak biegnie droga poniżej. No i ogromne zmęczenie powodowało, że trudno mi było utrzymać kierownicę. A miałem za sobą ok. 15 km. Do końca etapu w większości prowadziłem rower, czasami go niosłem. Taplałem się w błocie po kostki lub głębszym. Próba jazdy kończyła się co kawałek upadkiem w błotnistą breję. Mgła, deszcz, wiatr i błoto, błoto, błoto. A przy tym brak sił, nogi z waty i urywany oddech. Tyle pamiętam z pierwszego etapu.

Na mecie czekała na mnie Zuza, brat i koledzy, z którymi jechałem Transcarpatię – oni rozsądnie nie wystartowali w Trophy. Ledwo zszedłem z roweru. Przeraźliwie bolały mnie plecy. Skurcze łapały mięśnie nóg. Miałem dreszcze z zimna i wyczerpania. Dotarłem do hotelu. Brat z kumplem zajął się rowerem, Zuza mną – masaż, dwie tabletki ketonalu. Przespałem dwie godziny z wysoką temperaturą i dreszczami. Potem zjadłem kolację i poczułem się lepiej. Nie chciałem już siadać na rower.

Rano odzyskałem siły i nadzieję, że może się uda. Chłopaki i Zuza mobilizowali mnie. Stanąłem na starcie drugiego etapu. Pierwsze 20 km było spoko. Chociaż podjazd płytami pod Ochodzitę w Koniakowie ciągnął się i ciągnął. Dotarłem na pierwszy bufet. Tam czekał na mnie mój klub kibica. Powiedziałem im, że jest OK i pojechałem dalej. Droga na Wielką Raczę – dramat. Odbiłem się od ściany. Powłócząc nogami ciągnąłem za sobą rower. Przebrnąłem tak kolejne 30 km szlakiem granicznym, prowadząc rower, niosąc go, czasami oskrobując z błota, żeby koła znowu się kręciły. Próby jazdy kończyły się kolejnymi glebami. Na ostatnim bufecie był limit czasu. Przekroczyłem go o 1,5 godziny. Ale na miejscu okazało się, że limit został zniesiony i można jechać dalej. Nie pojechałem. Byłem zmarznięty, przemoczony ubłocony i półprzytomny ze zmęczenia. Na szczęście na bufecie czekała na mnie Zuza z samochodem. Tu też poznałem Marka. Rozpadała mu się tylna piasta i nie mógł jechać dalej. Poprosił, żebyśmy go zabrali do Istebnej. Zapakowaliśmy rowery na bagażnik. Sami wleźliśmy do foliowych worków, żeby uratować kremową tapicerkę i autem wróciliśmy do Istebnej. Tak zakończył się mój występ. Kompletna porażka. I postanowienie – za rok ukończę – nie będą Beskidy pluły mi w twarz😉

Wróciłem do Krakowa. Kupiłem „Biblię treningu kolarza górskiego”. Przeczytałem dwa razy i stwierdziłem, że jak sam zacznę przy sobie majstrować, to mogę zrobić sobie wielkie „ziazi”. Zacząłem szukać rozwiązania w Internecie i znalazłem stronę Virtual Trenera. Od listopada zacząłem treningi według planów przygotowywanych przez Kubę. W grudniu zgłosiłem się do Trophy 2009. Basen, siłownia, bieganie, trenażer, rower, bigówki. Tak przez całą zimę.

Od wiosny już głównie rower i starty w maratonach.

Ostatnie tygodnie przed startem, to szlifowanie formy i kompletowanie sprzętu. Trzy komplety sprawdzonych opon na różne warunki. Świeży łańcuch założony 2 tygodnie wcześniej, żeby się ułożył. Dużo ubrań, żeby nie jeździć w mokrych. Żele i batony kupione dwa dni przed wyjazdem, żeby nie zaprzątać sobie tym głowy na miejscu.

No i zaczęło się: MTB Beskidy Trophy 2009.

Pierwszy dzień – Skrzyczne. Ładna pogoda, sucho, ciepło. Pierwszy podjazd i pech na 9 kilometrze. Najechałem na kolec i przebiłem oponę. Zły, klnąc w duchu, a czasami głośno, zabrałem się za zakładanie dętki. Straciłem na to około 20 minut, bo jechałem na tubless’ach. Był to początek etapu, więc stawka zawodników była dość zwarta. Chyba wszyscy mnie w tym miejscu wyprzedzili. Chciałem nadrobić stracony czas, więc nacisnąłem mocniej na pedała. Inni jechali wolniej. Wyprzedzałem na zjeździe. Źle obciążyłem tylne koło i wykonałem piękny, widowiskowy lot przez kierownice. Na szczęście bez konsekwencji poza paroma otarciami. Po kilku minutach opadła trochę wściekłość. Zacząłem jechać równo i nadrabiać straty. Mijałem kolejne grupy zawodników, jechało mi się bardzo dobrze, czułem siłę w nogach i nie miałem żadnych problemów z oddychaniem. Niestety 6 km przed metą, na ostatnim zjeździe złapałem snake’a. Tym razem wymiana dętki poszła znacznie szybciej, ale końcowy rezultat był słaby. Czas 4:20 i dopiero 320 miejsce. Wieczorem zmiana opon na semi slicki – jutro ma być długo i dużo szutrów – taki jest opis tego etapu.

Drugi dzień – 95 km w Czechach.    Zrobiło się zimno. Było pochmurno. Już po wyścigu czytałem opinie, że była to przesada, że za ciężko itp. Mi ten etap pojechało się bardzo dobrze. Jechałem bardzo równo, bez zrywów. Na pierwszym pomiarze czasu byłem na około 260 pozycji. Utrzymywałem tempo i wyprzedzałem. Ludzie słabli, na każdym podjeździe wyprzedzałem po kilka osób. Na zjazdach było jeszcze lepiej. Pogoda cały czasy zmieniała się. Chwilami świeciło słońce, potem padał deszcz. Dwa razy sypnęło gradem. Trochę mnie zmęczył ostatni podjazd pod Stożek (ten dodany w ostatniej chwili), ale odpocząłem na zjeździe. Dojechałem na metę na 207 pozycji. Czułem się całkiem dobrze. Umyłem rower i siebie, zjadłem, zmieniłem opony (tym razem założyłem coś na błoto) i wieczorem jeszcze zrobiłem lekki 30 min rozjazd.

MTB Trophy 2009 - Łukasz

MTB Trophy 2009 - Łukasz

Trzeci dzień – Wielka Racza i szlak graniczny. Tego etapu bałem się najbardziej. W tamtym roku na nim poległem. Pogoda znowu była kiepska. Pochmurno, ale trochę cieplej niż wczoraj rano.  Znowu zacząłem spokojnie. Na 9 kilometrze zaczął się podjazd płytami na Ochodzitę. Pamiętałem go z zeszłego roku, gdy mozolnie wspinałem się na szczyt, prowadząc rower. W tym roku wydawał mi się dużo krótszy. To dobry znak – mam jeszcze sporo sił. Zaczął padać deszcz i padał z różną intensywnością przez kolejne dwie godziny. Do 20 km jechałem średnim tempem, ale przesuwałem się w górę klasyfikacji. Tu był pierwszy bufet i tu przestało padać. Wyszło słońce i zrobiło się całkiem przyjemnie. Na podjeździe na Wielką Raczę postanowiłem zaatakować. Cały czas na siodełku, w równym tempie podjeżdżałem licząc wyprzedzanych zawodników. To mnie motywowało do mocniejszego kręcenia. Na początku podjazdu założyłem, że wyprzedzę 20 osób. Minąłem 34. Niestety potem było gorzej. Na szlaku granicznym było błoto i tak ślisko, że przez 80% tego odcinka musiałem rower prowadzić, a czasami nieść, bo koła nie kręciły się w błocie. Łańcuch blokował się mimo ciągłego smarowania. Nie było mowy o zachowaniu jakiegokolwiek tempa. Nawet, gdy czasami dało się przejechać kawałek, zaraz trzeba było zsiadać, bo było zbyt ślisko lub szlak był zawalony ściętymi drzewami. Na kolejnych 20 km straciłem ok. 5 pozycji. Nie lubię prowadzić roweru – zaraz bolą mnie plecy. Ten fragment bardzo mnie zmęczył, głównie psychicznie. Denerwował mnie fakt, że idę i nie mogę wsiąść na rower. Ale od zjazdu znowu było ok. Wprawdzie moje tempo spadło z powodu zmęczenia, ale utrzymywałem pozycję wyprzedzając czasami kogoś. Dojechałem 212. Ale tym razem czułem się bardzo zmęczony. Od mety do hotelu miałem około 8 kilometrów. Potraktowałem to jako rozjazd, choć było głównie z górki.

Dzień czwarty – Dwa razy Wielki Stożek. W ostatni dzień byłem zmęczony. Nie czułem takiego poweru w nogach jak przez pierwsze 3 etapy. Mimo to postanowiłem pojechać szybciej od samego początku. Etap był krótki, suchy i średnio trudny technicznie. Było słonecznie i ciepło. Idealne warunki do jazdy. Pierwsze 20 km przejechałem dość szybko. Na bufecie, byłem 225 – dobra pozycja jak na mnie na początek etapu. Niestety zmęczenie dało znać o sobie. Kolejne 20 km poszło gorzej. Drugi bufet i 229 pozycja. Tu spotkałem Marka. Tego samego, z którym wracałem pokonany rok wcześniej z drugiego etapu. Do mety jechaliśmy razem. Teraz w zupełnie odmiennych nastrojach niż rok temu. Wiedziałem że dojadę i ukończę ten wyścig. Na mecie byłem 220. Zająłem 197 miejsce w klasyfikacji generalnej. Dostałem czarną koszulkę z napisem FINISHER. I mimo, że to zwykły bawełniany T-shirt jest dla mnie wart bardzo dużo.

MTB Trophy 2009 - Łukasz FINISHER

MTB Trophy 2009 - Łukasz FINISHER

Podsumowując. Wyścig był ciężki. Bez porównania trudniejszy niż Transcarpatia. A przy tym ciekawszy i dużo lepiej zorganizowany – pełny profesjonalizm. Czuję dużą satysfakcję zarówno z przygotowania sprzętu, jak i własnego. Mogłem porównać moją obecną formę z tą z przed roku. Różnica jest kolosalna. To zasługa Kuby ‘Treneiro’ Kurcza, który przygotowywał mnie prze ostatnie kilka miesięcy do tej imprezy. Te same podjazdy w tym roku wydawały mi się o połowę krótsze, a jazda dawała mi bardzo dużo radości. Na pewno ważna była pogoda. W tamtym roku była mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów i błoto na całej trasie. Tym razem było w miarę sucho i można było naoglądać się Beskidów.

No i czas na podziękowania:

Kuba dzięki! – zrobiłeś z grubego programisty, pogromcę Beskidów😉

Kuba: To ty sam zrobiłeś. Ja Ci pomogłem, ustawiłem plan a Ty musiałeś go realizować….🙂

Dziękuję mojemu funklubowi, czyli Karolinie i jej dziadkom, Asi i Mateuszowi i Mańkowi. Byli ze mną w Istebnej i dopingowali.

Ale największe podziękowania należą się mojej żonie Zuzie, która mobilizowała mnie do treningów. Wzięła na siebie większość obowiązków domowych, dzięki czemu miałem czas trenować. Czekała na mnie na większości bufetów, z chusteczką do okularów i skrzynką z narzędziami „na wszelki wypadek”. Dopingowała mnie na trasie i zawsze czekała na mecie. Ciumasy Zuza!

Łukasz

Wuja Charty Team

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s