Wyścig we Francji – Correze 2009r.


Obudziłem się któregoś poranka z myślą, że wyścig we Francji tuż, tuż. To mój pierwszy start w wyścigach w tym sezonie. Czułem moc! W końcu przygotowania do sezonu trwały cały rok. Najpierw obóz kondycyjny w Limassol na Cyprze, potem w Wiśle, intensywne treningi, odpowiednia dieta. Byłem nastawiony bardzo pozytywnie, dzień wyjazdu był bardzo blisko a tu przyplątało się do mnie przeziębienie. Byłem wściekły, ale co mogłem zrobić…

Przygotowania do startu...

Tuż przed startem...

Byłem wściekły, ale co mogłem zrobić…

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Rano obudził mnie telefon, że za 5 minut będą pod moim domem. Panika, bo mieli być później. Madzia szybko spakowała ostatnie rzeczy, znieśliśmy bagaże, sprzęt i w drogę a ta zapowiadała się, co najmniej kolorowo…Wyobraźcie sobie 9 osób w busie z popsutą klimatyzacją i w perspektywie 1800 km do przejechania…Nic dodać, nic ująćJ…I tak męczyłem się i z drogą i z przeziębieniem, ale na szczęście mieliśmy zapewniony nocleg Niemczech. Po dojechaniu do miejsca, w którym mieliśmy spać, przywitał nas jeden z naszych przyjaciół, których dzięki wyścigom mamy na całym świecie. Kiedyś także był kolarzem a obecnie prowadzi firmę budowlaną. Razem z nim i z jego rodziną zjedliśmy kolację, porozmawialiśmy a potem spać. Wstaliśmy rano i w drogę. Przed nami jeszcze sporo kilometrów. W końcu dotarliśmy na miejsce. Domki kempingowe, w których byliśmy zakwaterowani ulokowane były niedaleko trasy wyścigu. Po rozpakowaniu i sprawdzeniu sprzętu wyjazd na trasę celem małego rekonesansu i rozruszania mięśni po podróży. Jechałem spokojnie, nie wkładałem zbyt wiele wysiłku, zostawiłem to na następny dzień. Przejechałem jedno okrążenie i podczas niego wróciły wszystkie obrazki z poprzedniego roku. Wiedziałem, a co ważniejsze, także odczułem, co czeka mnie podczas wyścigu. Ta przejażdżka dobrze mi zrobiła, bo po kolacji zasnąłem jak dziecko.

Rankiem słońce zapukało w okna i dało znać, że czas wstawać. Pogoda zapowiadała się całkiem, całkiem i to mnie ucieszyło, bo w ubiegłym roku padało i było bardzo zimno. Moi bogowie zadbali jednak o to, żeby humor i zadowolenie nie zdominowały mojego umysłu i na odsiecz im wysłali mi nerwyJ…Nie ma znaczenia, że z nerwami znam się od zawsze i bez nich nie obejdzie się żaden mój start w wyścigach, zapewniam jednak, że nie są mile widziane, ale cóż mogę począć – są jak opryszczka – pojawiają się w najmniej odpowiedniej sytuacji i nie dają się szybko usunąć…Na szczęście Korcu pomagał mi przy starcie wpiąć buty w pedał. Przy moim schorzeniu jest dozwolona pomoc drugiej osoby. Na starcie wszyscy stłoczeni, emocje sięgnęły zenitu. W końcu ruszyliśmy a ja, żeby wytrzymać tempo poszedłem w „korby”. Pierwszy zjazd i wszyscy ostro hamują, chaos, strach czy nie powpadamy na siebie, ale na szczęście udało się zjechać bez żadnej kraksy. I tu skończyła się szkółka rowerowa a zaczął podjazd. Na razie daję radę, ale czuję, że nie ma żartów, bo nogi nie pracują tak luźno jak powinny. Staram się utrzymać tempo i dojeżdżam do mostu, za którym zaczyna się kolejny podjazd. Niestety nie wytrzymuję tempa, zrywają mnie i zaczyna się samotna walka. Cały pierwszy podjazd mam za sobą i na zjeździe kręcę pełną parą. Czuję prędkość, ale nie przeraża mnie ani to ani serpentyny. Na końcu zjazdu mam już 64 km/h na liczniku. Przede mną drugi długi podjazd, który jakoś przebrnąłem, ale zjeżdżając poczułem silne uderzenie wiatru. To sprawiło, że się wystraszyłem i zacząłem hamować. Przy zmaganiach z następnym podjazdem opadłem z sił i zacząłem myśleć, co ja tu właściwie robię?! Na szczęście w tym samym miejscu, co w zeszłym roku stał Francuz i tak jak rok wcześniej poczęstował mnie colą. W końcu jak tradycja, to tradycja. Wypiłem szybkimi haustami i poczułem przypływ sił, więc zacząłem walczyć dalej. Zaliczyłem kolejny podjazd a zjazd z niego to już było prawie szaleństwo, ale piękne szaleństwo. Świadomość, jakie mogą być skutki małego błędu, drobnej nieuwagi, jadąc na rowerze w dół serpentyną, przy prędkości ponad 60 km/h, sprawiła, że byłem maksymalnie skoncentrowany. Udało mi się ukończyć wyścig. Od ubiegłego roku, dzięki treningom z Kubą, zrobiłem duży postęp, poprawiłem znacznie czas przejazdu i osiąganą prędkość, ale dla mnie to i tak za mało, bo wynik mnie nie zadowolił.

Po powrocie z wyścigu przygotowaliśmy sprzęt do jazdy na czas, dopompowaliśmy koła. Po kolacji pojechaliśmy obejrzeć trasę, gdzie miała być czasówka, bo to było już inne miejsce. Pojechaliśmy tam samochodem, było już ciemno i pierwsze wrażenie było negatywne. Droga wyglądała strasznie – na samym początku podjazd a to dla mnie koszmar, zaraz po nim stromy zjazd, ostre zakręty i asfalt nie najlepszej jakości. Przed snem ostatnie dyskusje na temat startu i trasy.

Wstaliśmy wcześnie i od razu pojechaliśmy na miejsce startu. I zaczęło się. Podjazd jakoś przebrnąłem, ale nie wiedziałem jak jadę, bo na liczniku miałem tylko puls. Niestety źle ustawiłem licznik, dlatego pokazywał tylko kadencję i puls. Przejechałem długi odcinek i nikt mnie nie wyprzedził, więc pomyślałem, że jest dobrze. W mojej głowie zakiełkowała myśl, że może się uda, że może Grześ mnie nie minie. Koniec wyścigu to podjazdy i to mnie zmobilizowało. Udało się! Pierwszy raz, odkąd startujemy razem w wyścigach, Grzesiek mnie nie minął. To był mój triumf! Wygrać z nim fizycznie nie mam szans, bo różnice między grupami są bardzo duże, ale fakt, że mnie nie doszedł, to była dla mnie oznaka tego, że idę do przodu i moje małe zwycięstwo.

To jeszcze szkółka rowerowa...

To jeszcze szkółka rowerowa...

Skończyła się szkółka a zaczął podjazd...

Skończyła się szkółka a zaczął podjazd...

Po wyścigu szybkie pakowanie i powrót do Polski. Myślałem, że jazda w tamtą stronę była koszmarna, ale to słowo ma wiele poziomów intensywności…Do poprzednich atrakcji doszedł jeszcze fakt, że nie było czasu i warunków na kąpiel po wyścigu, wyższa temperatura na dworze oraz to, że całą trasę mieliśmy przejechać bez noclegu, tylko z krótkimi postojami. W taką drogę tampony do nosa, to byłoby niezłe rozwiązanie. Pod domem wysiadłem z busa, wziąłem prysznic, wsiadłem w samochód i pojechałem do pracy. Podczas rozmów w drodze powrotnej, narodziła się nowa koncepcja, ale o tym niebawem. Ledwo skończył się pierwszy wyścig a tu już następny, tym razem w Szwajcarii, puka do drzwi…

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s