Cypr


Góry Troodos Cypr

Góry Troodos Cypr

W marcu pojechałem na obóz treningowy do Limassol na Cyprze. To wymarzone miejsce do trenowania kolarstwa – świetnie utrzymane drogi, teren pagórkowaty dochodzący do górzystego, łagodny klimat. Jedyny problem to ruch lewostronny, ale to kwestia przestawienia się a miejscowi są przyzwyczajeni, że turyści jeżdżą złą stroną jezdni. Mam nowy licznik do pomiaru mocy i właśnie na Cyprze przeszedł swój chrzest bojowy. Sprawdził się znakomicie. Dzięki badaniom, które ostatnio zrobiłem, wiedziałem, jaki jest zakres moich możliwości, poznałem najbardziej optymalny przedział mocy, w którym mam trenować, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko brać się do pracy. Pierwszy dzień przeznaczyłem na poznanie miasta, rozpoznanie tras, przywyknięcie do poruszania się w ruchu lewostronnym. Limassol to ładne miasteczko a miejscowa ludność jest pełna serdeczności, chętna do pomocy, nieznudzona i niezniechęcona przyjezdnymi. Dzięki temu, że byliśmy przed sezonem turystycznym, to mogliśmy w pełni cieszyć się urokiem miejscowości i pięknych plaż, które tak jak i całe Limassol są czyste, zadbane, z biegnącymi wzdłuż dróżkami i promenadami, po nich jednak nie wolno jeździć rowerami, ale przecież zasady są po to, żeby je czasami złamać. Jeździłem tam codziennie, kiedy miałem trening na miękko na dużym obrocie. Pierwszy tydzień trenowałem podjazdy. Do realizacji tych treningów nalazłem sobie odpowiednie miejsce za miastem, zmierzyłem ile czasu będę potrzebował na wyznaczony podjazd i do dzieła! Dzięki tak sprzyjającym warunkom na podjeździe udawało mi się wykręcić nawet 30 km/h, co bardzo budowało moją psychikę i pozwalało na szukanie nowych wyzwań. Po powrocie – odpoczynek, pogadanki o trenowaniu, kondycji, sprzęcie i odżywkach dla sportowców.

W pokoju mieszkałem z Krzysztofem Kosikowskim – uczestnikiem ubiegłorocznej para olimpiady w Pekinie. Atmosfera nawet w pokoju sportowa – pełna żartów, docinków i rywalizacji na dowcipy – jednym słowem doskonała zabawa i relaks. I tak mijał dzień po dniu, przybywało wykręconych kilometrów a wraz z nimi ubywało kilogramów. Jedyne, co nie zasługiwało na Cyprze na piątkę to tamtejsza hotelowa kuchnia. Śniadania były prawie niejadalne – fasola w sosie i wysuszone jajka lub omlety. Nadrabiali kolacjami, które oprócz tego, że były całkiem smaczne, to jeszcze bardzo różnorodne – mięsa i sałaty do wyboru wedle upodobań i desery, których nie potrafiłem sobie odmówić. Dzięki takiej kuchni i intensywnym treningom dwa kilogramy odeszły w zapomnienie. Moje samopoczucie i kondycja były na „szóstkę” a Kosik opowiadał o Troodos, o Olimpie, o zwyczaju wjechania tam na szczyt – na prawie 2000 metrów n.p.m., przy nachyleniu terenu jedenaście i więcej procent. To sprawiło, że zacząłem myśleć o poddaniu się tej tradycji – dla siebie i dla swoich marzeń. Zdopingowało mnie także to, że pewnego dnia udało mi się wjechać na dość wysokie wzniesienie, z którego mogłem podziwiać panoramę Limassol. Minął już tydzień treningów, dobrze znosiłem podjazdy, szybko regenerowałem się po wysiłku, sprawdziłem pogodę na nadchodzące dni i mój wybór padł na wtorek – 17-ego marca. Pojechałem a opis moich zmagań znajduje się na stronie. Udało się! Moja pielgrzymka powiodła się w stu procentach. Dzień po tym wyczynie czułem się znakomicie, nogi w porządku – pracowały prawidłowo, mimo, że trening był męczący. Drugi tydzień, to inny rodzaj treningów. Już nie podjazdy, ale utrzymywanie stałego tempa poboru mocy, co stanowi dla mnie pewien problemem, ale czułem, że jestem blisko wypełnienia zadań, które powierzył mi Kuba. Koledzy mówili, że obrót mi się poprawił, że daję radę jechać z dużą prędkością nawet pod wiatr, jeżdżę mniej spięty a podczas jazdy rozmawiam, podziwiam widoki. Poprawa widoczna także dla innych – to bardzo mobilizuje!

Na Cyprze obchodziłem swoje 36 urodziny. Od losu dostałem w prezencie przebitą oponkę podczas treningu, od kolegi Flaka, również para olimpijczyka – opaskę uczestnika z Pekinu a przez resztę kolegów zostałem obdarowany napojem, który pobudza kubki smakowe. Impreza, chociaż mała, ale była udana, dużo śmiechu, żartów, rozmów a o przyzwoitej grzecznie spać do łóżeczka. Rano standardowo „pyszne” śniadanko a po nim trening. Wieczory również przebiegały wg ustalonego harmonogramu – gra w tysiąca, przy niej dyskusje, co dobre a co złe w trenowaniu, o starych i nowych sposobach treningów, jedzeniu, diecie optymalnej dla kolarzy, o nowych zabawkach kolarskich.

Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy… Nadszedł czas powrotu. Kilometry przejechane, kilogramy pozostawione na wyspie Afrodyty, pielgrzymka odbyta… Teraz przede mną kolejne treningi i przygotowania do pierwszego w tym sezonie wyścigu. A tu na dzień dobry polska rzeczywistość i polski asfalt…

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s