Obudziłem się któregoś poranka z myślą, że wyścig we Francji tuż, tuż. To mój pierwszy start w wyścigach w tym sezonie. Czułem moc! W końcu przygotowania do sezonu trwały cały rok. Najpierw obóz kondycyjny w Limassol na Cyprze, potem w Wiśle, intensywne treningi, odpowiednia dieta. Byłem nastawiony bardzo pozytywnie, dzień wyjazdu był bardzo blisko a tu przyplątało się do mnie przeziębienie. Byłem wściekły, ale co mogłem zrobić…

Tuż przed startem...
Byłem wściekły, ale co mogłem zrobić…
Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Rano obudził mnie telefon, że za 5 minut będą pod moim domem. Panika, bo mieli być później. Madzia szybko spakowała ostatnie rzeczy, znieśliśmy bagaże, sprzęt i w drogę a ta zapowiadała się, co najmniej kolorowo…Wyobraźcie sobie 9 osób w busie z popsutą klimatyzacją i w perspektywie 1800 km do przejechania…Nic dodać, nic ująćJ…I tak męczyłem się i z drogą i z przeziębieniem, ale na szczęście mieliśmy zapewniony nocleg Niemczech. Po dojechaniu do miejsca, w którym mieliśmy spać, przywitał nas jeden z naszych przyjaciół, których dzięki wyścigom mamy na całym świecie. Kiedyś także był kolarzem a obecnie prowadzi firmę budowlaną. Razem z nim i z jego rodziną zjedliśmy kolację, porozmawialiśmy a potem spać. Wstaliśmy rano i w drogę. Przed nami jeszcze sporo kilometrów. W końcu dotarliśmy na miejsce. Domki kempingowe, w których byliśmy zakwaterowani ulokowane były niedaleko trasy wyścigu. Po rozpakowaniu i sprawdzeniu sprzętu wyjazd na trasę celem małego rekonesansu i rozruszania mięśni po podróży. Jechałem spokojnie, nie wkładałem zbyt wiele wysiłku, zostawiłem to na następny dzień. Przejechałem jedno okrążenie i podczas niego wróciły wszystkie obrazki z poprzedniego roku. Wiedziałem, a co ważniejsze, także odczułem, co czeka mnie podczas wyścigu. Ta przejażdżka dobrze mi zrobiła, bo po kolacji zasnąłem jak dziecko.
Rankiem słońce zapukało w okna i dało znać, że czas wstawać. Pogoda zapowiadała się całkiem, całkiem i to mnie ucieszyło, bo w ubiegłym roku padało i było bardzo zimno. Moi bogowie zadbali jednak o to, żeby humor i zadowolenie nie zdominowały mojego umysłu i na odsiecz im wysłali mi nerwyJ…Nie ma znaczenia, że z nerwami znam się od zawsze i bez nich nie obejdzie się żaden mój start w wyścigach, zapewniam jednak, że nie są mile widziane, ale cóż mogę począć – są jak opryszczka – pojawiają się w najmniej odpowiedniej sytuacji i nie dają się szybko usunąć…Na szczęście Korcu pomagał mi przy starcie wpiąć buty w pedał. Przy moim schorzeniu jest dozwolona pomoc drugiej osoby. Na starcie wszyscy stłoczeni, emocje sięgnęły zenitu. W końcu ruszyliśmy a ja, żeby wytrzymać tempo poszedłem w „korby”. Pierwszy zjazd i wszyscy ostro hamują, chaos, strach czy nie powpadamy na siebie, ale na szczęście udało się zjechać bez żadnej kraksy. I tu skończyła się szkółka rowerowa a zaczął podjazd. Na razie daję radę, ale czuję, że nie ma żartów, bo nogi nie pracują tak luźno jak powinny. Staram się utrzymać tempo i dojeżdżam do mostu, za którym zaczyna się kolejny podjazd. Niestety nie wytrzymuję tempa, zrywają mnie i zaczyna się samotna walka. Cały pierwszy podjazd mam za sobą i na zjeździe kręcę pełną parą. Czuję prędkość, ale nie przeraża mnie ani to ani serpentyny. Na końcu zjazdu mam już 64 km/h na liczniku. Przede mną drugi długi podjazd, który jakoś przebrnąłem, ale zjeżdżając poczułem silne uderzenie wiatru. To sprawiło, że się wystraszyłem i zacząłem hamować. Przy zmaganiach z następnym podjazdem opadłem z sił i zacząłem myśleć, co ja tu właściwie robię?! Na szczęście w tym samym miejscu, co w zeszłym roku stał Francuz i tak jak rok wcześniej poczęstował mnie colą. W końcu jak tradycja, to tradycja. Wypiłem szybkimi haustami i poczułem przypływ sił, więc zacząłem walczyć dalej. Zaliczyłem kolejny podjazd a zjazd z niego to już było prawie szaleństwo, ale piękne szaleństwo. Świadomość, jakie mogą być skutki małego błędu, drobnej nieuwagi, jadąc na rowerze w dół serpentyną, przy prędkości ponad 60 km/h, sprawiła, że byłem maksymalnie skoncentrowany. Udało mi się ukończyć wyścig. Od ubiegłego roku, dzięki treningom z Kubą, zrobiłem duży postęp, poprawiłem znacznie czas przejazdu i osiąganą prędkość, ale dla mnie to i tak za mało, bo wynik mnie nie zadowolił.
Po powrocie z wyścigu przygotowaliśmy sprzęt do jazdy na czas, dopompowaliśmy koła. Po kolacji pojechaliśmy obejrzeć trasę, gdzie miała być czasówka, bo to było już inne miejsce. Pojechaliśmy tam samochodem, było już ciemno i pierwsze wrażenie było negatywne. Droga wyglądała strasznie – na samym początku podjazd a to dla mnie koszmar, zaraz po nim stromy zjazd, ostre zakręty i asfalt nie najlepszej jakości. Przed snem ostatnie dyskusje na temat startu i trasy.
Wstaliśmy wcześnie i od razu pojechaliśmy na miejsce startu. I zaczęło się. Podjazd jakoś przebrnąłem, ale nie wiedziałem jak jadę, bo na liczniku miałem tylko puls. Niestety źle ustawiłem licznik, dlatego pokazywał tylko kadencję i puls. Przejechałem długi odcinek i nikt mnie nie wyprzedził, więc pomyślałem, że jest dobrze. W mojej głowie zakiełkowała myśl, że może się uda, że może Grześ mnie nie minie. Koniec wyścigu to podjazdy i to mnie zmobilizowało. Udało się! Pierwszy raz, odkąd startujemy razem w wyścigach, Grzesiek mnie nie minął. To był mój triumf! Wygrać z nim fizycznie nie mam szans, bo różnice między grupami są bardzo duże, ale fakt, że mnie nie doszedł, to była dla mnie oznaka tego, że idę do przodu i moje małe zwycięstwo.

To jeszcze szkółka rowerowa...

Skończyła się szkółka a zaczął podjazd...
Ostatnie komentarze